czwartek, 1 sierpnia 2013

Początki - Czyli długa droga do Tollera

Nigdy wcześniej nie pisałem bloga, wielokrotnie próbowałem to zrobić, ale jednak z marnym skutkiem. Liczę na to że tym razem mi się powiedzie i będę miał wenę do tworzenia postów przynajmniej dwa razy w miesiącu. Gdy się nad tym zastanowić to tak na prawdę nigdy nie miałem konkretnej motywacji by uzewnętrzniać się w internecie, nie było ku temu nigdy powodu. Teraz sytuacja się nieco zmieniła, ale zacznę od początku...

W moim domu rodzinnym od zawsze były psy, konkretnie były to wyżły. Wzięło się to z zamiłowania mojego taty do tej rasy. Sytuacja ta wpłynęła na mnie tak mocno, że nie wyobrażam sobie szczęśliwego domu bez psa. Gdy wyprowadziłem się do Warszawy i zamieszkałem w akademiku w mojej głowie zatliła się potrzeba posiadania psa, oczywiście akademik = zakaz posiadania zwierząt, więc siłą rzeczy pomysł ten musiał poczekać. Na roku wraz ze mną była Monika Palacz, która posiada niesamowity dar dogadywania się z czworonogami. Gdy ją poznałem byłem zachwycony jej filmikami z psem Pikusiem w roli głównej, a niedługo po tym dowiedziałem się, że się wyprowadza z domu studenckiego ze względu na to, że w jej życiu ma się pojawić Border Collie - Zip. Gdy tylko stykam się z tematem psów zawsze jako główny autorytet do głowy przychodzi mi Monika. Zacząłem poważnie myśleć o znalezieniu sposobności by wyrwać się z akademika i przenieść się gdzieś indziej, w miejsce które dałoby mi możliwość mieszkania tam z psem. Naturalną rzeczą było to, że oczywiście nie będzie mnie stać na utrzymanie siebie, psa i mieszkania w sytuacji gdy nie będę pracować w jakimś sensownym wymiarze godzinowym, co graniczyło z cudem studiując dziennie. Zatem pies znowu odszedł w odległą przyszłość. Gdy znalazłem w miarę rozsądną pracę, przestałem już myśleć tak intensywnie o czworonogu, pojawiły się inne priorytety, a ja rzuciłem się w wir pracy zarobkowej, studiowania i przewodniczenia Samorządowi Studenckiemu na AWFie.


www.taida.pl



Któregoś słonecznego dnia września 2011 roku siedziałem w klubokawiarni Resort i przyszła mi chęć przejrzenia ras psów na Wikipedii, z czystej ciekawości, czy są jakieś psy o których nigdy nie słyszałem. Oczywiście było wiele takich, w dużej mierze były to rasy małych psów do towarzystwa jak na przykład Lhasa Apso, ale wśród nich znalazły się również czworonogi celujące w moje zainteresowania. Po Norwich Terierze następną pozycją był Nova Scotia Duck Tolling Retriever, opisany jako retriever z Nowej Szkocji. Byłem wielce ciekaw charakterystyki retrievera, o którym nigdy nie słyszałem. Gdy zobaczyłem zdjęcie rudzielca, coś we mnie się ruszyło, zacząłem pochłaniać tekst oczami, czując rosnące we mnie podekscytowanie. Wieczorem w domu, postanowiłem przejrzeć wszelkie źródła w języku polskim dostępne w internecie, traktujące o Tollerach. Następnego dnia wiedziałem, że jeżeli uda mi się kiedykolwiek mieć psa, to będzie to zwierze rasy Nova Scotia Duck Tolling Retriever.




Podczas poszukiwań informacji na temat rasy trafiłem na portal novascotia.pl, jedyny tak dokładnie opisujący tollery w języku polskim, czytałem, śledziłem nowości zafascynowany ideą posiadania w przyszłości własnego rudzielca. W tak zwanym międzyczasie śledziłem transmisje z agility, filmiki treningów dummy, obedience i oczywiście wszystkie filmiki pokazujące poczynania Moniki z Zipem. W końcu, gdy wraz z Angie zdecydowaliśmy się podjąć tę ważną decyzje odnośnie wspólnego mieszkania, udało nam się stworzyć warunki do tego by mieć psa. Mieszkanie może nie należy do największych, ale do jego ogromnych atutów należy zaliczyć wchodzący w jego skład 30 metrowy ogródek. Decyzja zapadła, będzie piesek, droga była długa gdyż plan wyglądał następująco: praca->mieszkanie->pies. Pracę znaleźliśmy stosunkowo szybko bez większych perturbacji, z mieszkaniem nie było już tak łatwo, gdyż doszło dodatkowe kryterium "przyjazne zwierzakom". Szukaliśmy, szukaliśmy i gdy nieco zrezygnowani weszliśmy na gumtree.pl pojawiło się ogłoszenie mieszkania idealnego, w idealnej okolicy, za cenę prawie idealną. Szybki telefon, za dwa dni oglądanie, byliśmy jako pierwsi oglądać, za nami czekała już jakaś kolejna chętna, więc wychodząc, zaraz po przekroczeniu progu telefon do właścicielki: Bierzemy!". Przed nami pozostała już tylko ostatnia prosta, wybór hodowli.



Polecono nam dwie hodowle, poczytaliśmy o rodzicach w jednej i drugiej i podjęliśmy decyzję, o złożeniu wstępnej rezerwacji (na 3 miesiące przed planowanym poczęciem!). Ostatecznie po różnych perturbacjach, okazało się, że w żadnej z nich nie dostaniemy szczenięcia, a okazało się to pod koniec lipca. Oboje z Angie poświęciliśmy już wtedy swoje wakacje by zamiast spędzać je razem, zarabiać na zakup i utrzymanie psa w miejscach oddalonych od siebie o ponad 200km przez prawie dwa miesiące. Nerwy, rozpacz i wszechogarniające poczucie beznadziei, odechciało mi się w ogóle pracować, nie miałem celu dla tej harówki jaką sobie "zafundowałem", na szczęście po odezwaniu się do innych hodowli w jednej z nich pojawił się promyczek nadziei: "W chwili obecnej wszystkie szczeniaczki są zarezerwowane, ale do poniedziałku rezerwacje mają być potwierdzane". Cały poniedziałek siedziałem z telefonem i odpalonym Facebook'iem, niestety nic. Zrezygnowany położyłem się spać, rano na belce górnej w telefonie ikonka wiadomości z FB: "Jedna suczka jest znowu wolna, czy nadal jest Pan zainteresowany?" TAK, oczywiście! Proszę o rezerwację. Odpisałem. Odpowiedzi brak, znalazłem telefon do hodowli, dzwonię. Dodzwoniłem się i z przemiłą panią porozmawiałem o swoich oczekiwaniach względem suczki, którą chciałbym adoptować. Zarezerwowana. Dokładny termin odbioru na razie nie znany, ale najprawdopodobniej w okolicach 7.09.2013r. Czyli idealnie!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz